Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, jak to jest urządzić przyjęcie weselne DIY? Nie mam wcale na myśli wesela w restauracji z kilkoma elementami wykonanymi samodzielnie, ale przyjęcie wyprawione własnymi siłami. Zapraszam Cię do obejrzenia relacji z takiego właśnie przedsięwzięcia, którego podjęli się Lucyna i Wojtek oraz ich najbliżsi. Jest pięknie, w rytmie slow i na dużym luzie. Taki efekt trudno byłoby uzyskać gdzieś w obcym miejscu i to chyba wynagradza duży trud, jaki włożono w przygotowanie tego niezwykłego przyjęcia.
Lucyna i Wojtek na co dzień mieszkają w Szwecji, ale przyjęcie weselne postanowili wyprawić w Polsce i to we własnym, przydomowym ogrodzie. To musiało być ogromne przedsięwzięcie, ale na szczęście para mogła liczyć na pomoc wielu bliskich osób, które zaangażowały się w przygotowania. Myślę, że ta relacja świetnie ilustruje, jak rodzinna współpraca może być owocna i spajająca.
Ten reportaż to jedna z nielicznych relacji przyjęcia, które było niemal w pełni zorganizowane, udekorowane i ogarnięte własnymi siłami uczestników. Jest sielsko, spokojnie i jakoś tak, że chciałoby się tam być, miód i wino pić. ;)
Mimo tak wielu zadań do wykonania i rzeczy do zorganizowania, nie zapomniano o detalach, które przecież tak bardzo wpływają na całą weselną otoczkę. Są więc piękne dekoracje, smakołyki dla gości, rustykalne kompozycje kwiatowe i mnóstwo słońca w ogrodzie.
Dobrze widzisz! Na tańce i swawole przeznaczono miejsce w specyficznie udekorowanym… garażu. Kluby i dyskoteki niech się schowają! Wnętrze garażu również zyskało specyficzny wystrój, nie zabrakło elementów retro i disco, był dym i bańki mydlane.
Czółenka w kolorze fuksji to nie jedyny akcent w tym urzekającym kolorze. Lucyna wybrała tę barwę na kolor przewodni więc nie zabrakło również kwiatów i wstążek o tej barwie.
Polski ślub ze szwedzkimi akcentami nie może być nudny tak, jak nie mogły być nudne skarpetki Pana Młodego. Zdaje się, że lubi sushi ;)
Patrząc na te zdjęcia można poczuć klimat dawnych przyjęć weselnych – organizowanych własnymi siłami, z domowym jedzeniem i cudownymi wypiekami.
Gdzie można by było poczuć się tak swobodnie, jak we własnym ogrodzie? :) Jego naturalny wystrój i kompozycje roślinne stały się ślubnymi dekoracjami i choć rabaty z kwiatami zapewne ucierpiały na skutek dziecięcych zabaw, to myślę, że było warto.
Wspomniany już dym – dobrze, że sąsiadom nie przyszło do głowy, by zadzwonić po strażaków. ;)
A po zmroku klimat zrobił się zupełnie inny.
Historia weselna Lucyny i Wojtka to jedna z bardziej oryginalnych relacji DIY, którą pokazywałam na blogu. Ilość samodzielnej pracy, jaką wykonano zdumiewa i urzeka, ale efekt zdaje się wynagradzać wszystko. Odważylibyście się na organizację podobnego przyjęcia?